
Co sprawiło, że zdecydowała się Pani na udział w wyprawie naukowej do Australii?
Od lat zajmuję się entomologią, a szczególnie muchówkami również tymi o znaczeniu medyczno‑sądowym. To fascynująca grupa owadów, kluczowa m.in. w badaniach kryminalistycznych. Współpracuję z zespołem ekspertów z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, który specjalizuje się właśnie w muchówkach istotnych w tego typu analizach. Razem prowadzimy badania nad morfologią larw tych owadów.

Kiedy pojawiła się możliwość udziału w kolejnej ekspedycji badawczej do Australii — kraju odległego, egzotycznego i pełnego naukowych wyzwań — nie mogłam odmówić. Udało mi się zdobyć finansowanie, a sama wyprawa była szansą na wzbogacenie wiedzy o muchówkach z rodziny Calliphoridae w jednym z najciekawszych przyrodniczo regionów świata.
Jaki był główny cel wyprawy?
Naszym zadaniem było zebranie materiału badawczego: larw i osobników dorosłych muchówek zamieszkujących tropikalną część północno‑wschodniej Australii. To obszar niezwykle różnorodny, bogaty w gatunki endemiczne, a jednocześnie zaskakująco słabo poznany. W przeciwieństwie do Europy, gdzie owadami zajmuje się wielu specjalistów, w Australii jest ich niewielu, dlatego każdy pozyskany materiał ma wartość dla lokalnej i światowej nauki.
Jak wyglądała codzienna praca w terenie?
Wyprawa trwała dwa intensywne tygodnie. Każdy dzień zaczynał się bardzo wcześnie — im bliżej południa, tym wyższa temperatura i mniejsza aktywność owadów. Dojazdy na stanowiska trwały od godziny do dwóch, a same lokalizacje wymagały często przedzierania się przez wymagający teren.

Po powrocie z lasu praca się nie kończyła. Czekało nas przygotowywanie próbek: segregowanie materiału, usypianie owadów, nakłuwanie na szpilki, zabezpieczanie części okazów do analiz genetycznych. Wieczory mijały na żmudnym preparowaniu, które jest podstawą rzetelnej pracy entomologicznej.
Co okazało się największym wyzwaniem?
Przed wyjazdem najbardziej obawiałam się spotkań z lokalnymi drapieżnikami — jadowitymi wężami, pająkami czy krokodylami. Szybko okazało się jednak, że to głównie wyobraźnia podsuwa człowiekowi dramatyczne scenariusze.

Prawdziwym wyzwaniem była natomiast tropikalna pogoda. Wysoka wilgotność i upał sprawiały, że już po kilkunastu minutach pracy człowiek był cały mokry. Do tego dochodziło ciągłe ocieranie się o ostre liście, liczne ukąszenia owadów i drobne zranienia, o które w takim środowisku nietrudno. Ten fizyczny aspekt wyprawy okazał się bardziej wymagający, niż przypuszczałam.
Co najbardziej Panią zaskoczyło?
Australia zaskoczyła mnie przede wszystkim… spokojem. Mało ludzi, niewiele zabudowań, a w niektórych miejscach wciąż używa się budek telefonicznych i czyta papierowe gazety. Miałam wrażenie, jakby czas płynął tam wolniej. Pod względem przyrodniczym najbardziej zdziwił mnie brak kwitnących roślin pełnych owadów. W europejskich lasach i łąkach to naturalny widok. W tropikalnym lesie australijskim gęstość roślinności sprawia, że owady są niemal niewidoczne. Trzeba było stosować odpowiednie techniki i mieć dużo cierpliwości, aby je odnaleźć.
Z czego jest Pani najbardziej zadowolona?
Największym przeżyciem było przebywanie w jednym z najstarszych lasów tropikalnych świata — starszym nawet niż Amazonia. Tamtejszy las liczy około 180 milionów lat, a jego atmosfera — dźwięki, zapachy, gęstość roślin — jest nie do oddania na żadnym zdjęciu czy filmie.

Ogromne wrażenie zrobiła również wysoka endemiczność tamtejszej fauny i flory. Możliwość zobaczenia organizmów, które występują wyłącznie tam i nigdzie indziej na świecie, to doświadczenie, które zostaje w pamięci na zawsze.
Jakie emocje towarzyszyły Pani podczas wyprawy i po powrocie?
Towarzyszył mi ogromny entuzjazm i satysfakcja. Wyprawa była nie tylko naukowym wyzwaniem, ale też doświadczeniem osobistym. Przekroczyłam swoje granice, zdobyłam praktykę, którą trudno zdobyć gdziekolwiek indziej, i wróciłam z głową pełną planów. Chciałabym dzielić się tym, czego się nauczyłam i rozwijać rozpoczęte badania.

Jakie są Pani dalsze plany badawcze?
Australia jest ogromna i niezwykle zróżnicowana. Chciałabym wrócić tam, by prowadzić badania w innych jej częściach. Interesują mnie również regiony sąsiadujące, takie jak Tasmania, Nowa Gwinea czy Nowa Zelandia — miejsca równie fascynujące i ważne dla badań nad różnorodnością owadów.
To plany ambitne, ale właśnie takie dają najwięcej energii do pracy.
Informacje i zdjęcia: dr hab. Agnieszka Soszyńska, prof. UŁ (Katedra Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii)
Redakcja i grafiki: Mateusz Kowalski (Centrum Promocji, Wydział Biologii i Ochrony Środowiska UŁ)